Masz pomysł? Widzisz problem?
Z uwagą przeczytam wszystkie wypowiedzi - najciekawsze umieszczę na stronie!
ul. Krupnicza 11/1, I piętro (wejście od ul. Mlecznej 8), 44-100 Gliwice
tel. +48 607 878 200
pon. 15.00-20.00. wt.-czw. 10.00-15.00, pt-nieczynne
biuro@galazewski.plAndrzej Gałażewski w publikacji dla Nowin Zabrzańskich: 1-go lipca Polska przejmie od Węgrów prezydencję w Radzie Unii Europejskiej
1 lipca Polska przejmie od Węgrów prezydencję w Radzie Unii Europejskiej. Przez pół roku będzie prowadzić prace Rady, przewodniczyć spotkaniom roboczym ministrów poszczególnych krajów. Zdaniem niektórych komentatorów politycznych jest to funkcja czysto honorowa, inni uważają, że to świetna okazja to wypromowania kraju i rozwiązań dla niego korzystnych. O priorytetach polskiej prezydencji, korzyściach i zagrożeniach rozmawialiśmy z Andrzejem Gałażewskim, gliwiczaninem, posłem Platformy Obywatelskiej z naszego okręgu wyborczego, wiceprzewodniczącym sejmowej komisji do spraw Unii Europejskiej.
Pan poseł znany jest czytelnikom „Nowin Zabrzańskich" również z felietonów, które publikujemy od kilku lat co 2 tygodnie.
Rada UE to główny organ decyzyjny Unii, coś w rodzaju unijnej rady ministrów. Jest zorganizowana podobnie do rządów krajowych, zasiadają w niej przedstawiciele rządów narodowych. Nie jest to element instytucjonalny Unii Europejskiej, jak Parlament Europejski czy Komisja Europejska. W radzie ścierają się autentyczne narodowe interesy i to rada podejmuje ostateczne decyzje we wszystkich istotnych kwestiach. Jej przewodniczącym jest belgijski polityk Herman Van Rompuy, to on organizuje spotkania na szczycie prezydentów i premierów. Ale nim do nich dojdzie, w różnych konkretnych sprawach spotykają się poszczególni ministrowie finansów, transportu, gospodarki itd. To oni ustalają rozwiązania. I to temu gremium będzie przewodziła Polska. Nie jest to więc tylko dekoracja.
Czyli prezydencja to zadanie głównie organizacyjne.
Kraj, który przewodzi Radzie UE, organizuje spotkania, ale i prowadzi negocjacje, wypracowuje kompromisy. Zdarza się że, część państw popiera jakieś rozwiązania, a inne ich nie podejmują. Tak jest np. z przyjęciem Chorwacji do Unii Europejskiej. Niemal zakończyły się już negocjacje przedakcesyjne, ale kilka państw wciąż ma polityczne wątpliwości czy powinna być przyjęta. Rolą prezydencji jest nakłonienie wszystkich, żeby podpisały umowę z Chorwacją, znalezienie argumentów, które przekonają wszystkie strony.
Słyszy się opinie, że kraj, który obejmuje prezydencję, i tak nie ma wpływu na decyzje, a musi ponieść wydatki związane z jej pełnieniem.
W polityce pieniądze nie zawsze przekładają się bezpośrednio na efekty. Prezydencja jest grą. Kto nie podejmuje tej gry, nie liczy się, bo nikt nie słucha jego racji. Są też inne wymiary prezydencji, korzystne dla kraju, który ją obejmuje: urabianie opinii, promocja państwa. Znakomicie wykorzystali to Węgrzy - po ich przewodnictwie zostaje przekonanie, że to liczący się kraj w Europie, ważny partner gospodarczy, a do tego produkowane są tam bardzo dobre wina, nie gorsze niż we Francji.
Jakie są priorytety polskiej prezydencji?
Można je zamknąć w trzech hasłach dotyczących Unii: bezpieczna, zintegrowana, otwarta. Zintegrowana - tu celem jest dokończenie budowy jednolitego rynku wewnętrznego, który sprawi, że będziemy bardziej konkurencyjni. Uważamy, że wspólny rynek jest głównym spoiwem integracyjnym Unii. Potrzebujemy zmian legislacyjnych, by ułatwić świadczenie np. usług internetowych i elektronicznego handlu. Te dziedziny bardzo dynamicznie rozwijają się w poszczególnych państwach członkowskich, natomiast na poziomie ogólnoeuropejskim blokują je ograniczenia prawne.
Unia bezpieczna. Czy w tym haśle chodzi głównie o bezpieczeństwo energetyczne? Tu o kompromis może być trudno, bo kraje unijne mają rozbieżne interesy.
Te interesy się zmieniają, choć czasami rzeczywiście rządy państw podejmują pod wpływem emocji irracjonalne decyzje. Taką według mnie była deklaracja zamknięcia elektrowni atomowych w Niemczech. Ubytki energii Niemcy będą musieli kupować we Francji, która też ma energetykę opartą na elektrowniach atomowych. Trudno powiedzieć, że to interes całej Unii. Jednym z aspektów tego priorytetu jest też polityka klimatyczna, czyli przykręcanie śruby technologiom emitującym CO2. Niektórzy unijni specjaliści uważają, że UE jest bezpieczniejsza spalając rosyjski gaz niż polski węgiel. Staramy się na wszystkich forach sprowadzać tych ludzi na ziemię. Bezpieczeństwo może zapewnić sieć wewnętrznych powiązań energetycznych między krajami. Myślę o sieciach gazowych i elektroenergetycznych. W razie kryzysu w jednym kraju, inne mają techniczne środki, by mu pomóc. Budowa takich powiązań już trwa, są na to pieniądze. To właśnie element realnego bezpieczeństwa energetycznego.
Czy ten szeroki priorytet bezpieczeństwa może zostać zdominowany przez bieżące wydarzenia, np. żywność skażoną śmiercionośnymi bakteriami? Skoro dochodzi do takich zdarzeń, to może warto zająć się też bezpieczeństwem żywności?
To zbyt szczegółowe podejście do tematu. Uważamy, że bezpieczeństwo żywnościowe polega przede wszystkim na takiej modyfikacji wspólnej polityki rolnej, by dawała całej UE samowystarczalność żywnościową. Częścią tego procesu musi być wyrównanie sytuacji konkurencyjnej rolników polskich, francuskich, estońskich. W tej chwili estońscy rolnicy dostają najniższe w UE dotacje do hektara, największe mają Grecy, my jesteśmy na średnim poziomie. Chcemy wprowadzenia jednakowych zasad. Nie chodzi o takie same dopłaty, bo koszty produkcji w różnych państwach są różne; rolnik francuski ma wyższe koszty produkcji niż rolnik polski. Przy wyrównanych zasadach jedni będą dostawać 100 euro dopłat do hektara, a inni 300 euro. W tej chwili dopłaty wahają się od 70 do 570 euro i ta rozpiętość jest zdecydowanie za duża. Są państwa np. Niemcy, które chcą znacjonalizować politykę rolną. Postulują, by rządy mogły dopłacać do rolnictwa. Polska na takie rozwiązania się nie zgadza. Nie zgadzamy się też na różnicowanie dopłat w zależności od rodzaju produkcji. W tej chwili większe są dopłaty np. do gajów oliwnych. Uważamy, że dopłaty powinny być do hektara, bez względu na to co na nim rośnie. Inaczej zakłóca się normalną konkurencję. Podobnie jak teraz - są przypadki zatruć, ktoś bez dowodów ogłasza, że powodem są hiszpańskie ogórki i chwilę później wprowadza się zakaz ich importu. Trzeba zobaczyć, kto na tym zarobi.
Czy w priorytecie bezpiecznej Europy chodzi też o bezpieczeństwo militarne?
Unia wciąż mówi o bezpieczeństwie, zapewnianym przez armie poszczególnych krajów, ale w ostateczności polega na NATO. Współpraca od lat kuleje. Polska stawia sobie za cel poprawienie tych relacji. W Libii najpierw interweniowały poszczególne państwa Unii - Wielka Brytania, Francja i Włochy - potem kontrolę przejęło NATO, a UE nikt nie pytał o zdanie.
Unia otwarta wiąże się z rozszerzaniem granic UE, przyjmowaniem do wspólnoty kolejnych państw.
Czeka nas poważna dyskusja o rozszerzaniu Unii. Część krajów, szczególnie płatników netto (to kraje, które do unijnego budżetu więcej wpłacają, niż z niego otrzymują - wyj. red.), chce spowolnienia tego procesu. Zdają sobie jednak sprawę, że Bałkany powinny być w UE, ze względu na bezpieczeństwo. Ten region zawsze był zapalnikiem różnych konfliktów. Po Chorwacji prawdopodobnie szybko rozpoczną się negocjacje z Serbią i pozostałymi państwami bałkańskimi. Mało prawdopodobne jest wejście do UE Turcji. Unia powinna rozszerzać się raczej w stronę basenu Morza Śródziemnego oraz na wschód, w kierunku Mołdawii, Ukrainy i Gruzji. Konieczne jest też zacieśnianie współpracy z Rosją.
To jak wyobraża Pan sobie Unię za, powiedzmy, 20 lat?
Z pewnością nie tak, jak mój znajomy poseł brytyjski. Powiedział mi kiedyś: - Jeśli Unia nie zrobi widocznego ruchu rozwojowego, to gwarantuję, że za 10 lat nie będzie nas w niej. Unia jest formą atrakcyjną, ale nie można wykluczyć, że ktoś z niej wystąpi. Stopień niezadowolenia państw - płatników netto będzie rósł. W krajach tworzących trzon Unii społeczeństwa coraz mniej akceptują konieczność dopłacania do coraz większej liczby państw. Buntują się przeciw temu głównie Niemcy i Francuzi. Wierzę, że dojdą Bałkany, może zechce przystąpić Szwajcaria, Norwegia albo Islandia, jeśli zgodzi się na regulację połowów łososia. Unia stanie się bardziej różnorodna rasowo, bardziej kolorowa. Otwarcie na imigrantów to konieczność, bo już teraz są kraje, w których brakuje rąk do pracy.
Prezydencja to też świetna okazja do promocji kraju. Z tego powodu przez kilka miesięcy przyjadą do Polski tysiące dyplomatów, urzędników i dziennikarzy.
Prezydencję wykorzystuje się do promocji kraju. Też będziemy tak robić. Ogłosiliśmy, że naszą ikoną kulturalną będzie twórczość Karola Szymanowskiego. Odchodzimy od Chopina, pokazujemy się od strony bardziej nowoczesnej. Będziemy promować polskich artystów współczesnych - grafików, malarzy, filmowców, jazzmanów. Sporo rzeczy będzie się działo w Krakowie, bardzo popularnym wśród cudoziemców, trochę imprez planowanych jest we Wrocławiu.
Elementem promocyjnym może być też eksport idei „Solidarności", rozumianej jako przejście od systemu totalitarnego do demokracji. To ważne w Afryce, ale i w Europie, np. w Białorusi staramy się wspierać społeczeństwo, nie dając przy tym korzyści reżimowi. Możemy też prezentować się jako kraj szczególnie dbający o lasy.
Czy na Śląsku zobaczymy jakieś elementy prezydencji Polski w Radzie UE?
Niektóre miasta postanowiły coś zorganizować, na pewno w Bytomiu będzie uroczystość z okazji przejęcia prezydencji. Samorząd województwa śląskiego nie zabiegał o to, żeby być gospodarzem jakichkolwiek wydarzeń. Szkoda. Można było np. przesunąć na ten czas termin majowego Europejskiego Kongresu Gospodarczego, który ma już renomę i jest marką rozpoznawalną w Europie, można było zorganizować jakieś ważne wydarzenie sportowe. Na Śląsku są możliwości, ale zabrakło chęci.
Dziękujemy za rozmowę. DARIUSZ CHROST, WOJCIECH CYDZIK